Prosty sposób na poprawę wydajności i samopoczucia

20:41


Ostatnimi czasy, no tak może od dwóch tygodni, no może ciut więcej. Może to będzie i miesiąc, no góra dwa. Więcej raczej nie. Dopadło mnie coś strasznego, czego nigdy i u nikogo nie lubiłam. Więc, idąc tym tropem przestałam również lubić siebie. No tak na chwilkę, ale jednak przestałam. Wiesz to taka sytuacja, że wstajesz rano, patrzysz w lustro i myślisz: “kuźwa, znowu ta twarz? Dzień w dzień muszę na nią patrzeć”. A potem uświadamiasz sobie, że to jednak Twoja facjata, więc nie masz wyboru patrzeć na nią musisz.

No i nie chodzi tu o to, że twarz lekko jak nadgryziony przez buldoga trampek wygląda. Z tym to się człowiek jest w stanie pogodzić. Bo ja całe życie tak ma, to w pewnym momencie przestaje go to razić. Rzuci najwyżej jakiś podkład, zatuszuje coś korektorem i już się wyglądem bliżej orangutana jest niż tego nieszczęsnego trampka (a od orangutana do człowieka to już całkiem blisko przecież jest).
Chodzi o to, że dopadło mnie coś gorszego. Dopadło mnie chroniczne “męczydupstwo”! Dla mniej wtajemniczonych pozwolę sobie przytoczyć klasyczną definicję “męczydupstwa”. Otóż to bardzo proste jest. “Męczydupstwo” to taki stan, kiedy po pierwsze stajesz się bardzo czepialska, po drugie czas między “zaczynam się denerwować” a “wpadam w szał” wynosi nie więcej niż 5 min (powody wkurwu nie są istotne), po trzecie zaczynasz czuć, że tracisz grunt pod nogami i nie wiesz w co masz ręce włożyć, a jak włożysz te ręce w cokolwiek, to odnosisz wrażenie, że nic Ci nie wychodzi nawet to “cokolwiek”. Dodatkowo “męczydupstwo” z czasem przeradza się w inne stany, stany bliższe nerwicy.

A o ile “męczydupstwo” jest upierdliwe głównie dla innych osób z otoczenia to nerwica jest o wiele gorsza dla nas samych. Ale nie o to chodzi.

Chodzi o to, że finalnie Twój poziom sił i motywacji jest na takim poziomie, że wydaje Ci się iż wystarczy go tylko na tyle, by naciągnąć kołdrę również na głowię. I tyle.

Kiepsko co? No, kiepsko. Ale okazało się, że jeden z powodów takiego obrotu sprawy był prostszy niż mi się wydawało, a sposób na poprawę tej sytuacji o wiele mniej złożony niż zakładałam.

Powodem było PRZEMĘCZENIE.
A receptą okazał się SEN.

Dziwne co? No też mi się tak wydawało. Bo to nie jest tak, że wpadłam na to całkiem sama. Rodzinka zauważyła (a o to nie było trudno), że coś mi się w głowie świruje. A bo jakaś rozdrażniona, a po co chwilę coś mnie bolało, a to miałam focha na Bóg jeden wie co. No to stwierdzili, że mam się ogarnąć i zadbać o siebie. Pierwsze na co zwrócili uwagę to właśnie na kwestię snu, a raczej jego ilości.
Bo wiesz, ja to zawsze raczej z tych “sów” byłam, co to po nocach siedzą. Kiedy pojawiła się na świecie Zetka to tak samo chciałam funkcjonować. Ba, ja jeszcze bardziej chciałam po tych nocach siedzieć, bo przecież wszyscy w koło trąbią, że Matka musi mieć czas dla siebie! No jak to mieć czas, kiedy do tyłka rzepik się przyczepił i ten rzepik ciągle coś chce, a jak czegoś nie chce to musisz zrobić tak, żeby chciał. No wiadomo, że tylko wtedy, gdy pójdzie spać (a ona, w sensie Zetka to też sowa, więc za wcześnie to się nie kładzie - chociaż nie, Zetka to chyba jakiś mutant jest bo i sowa i skowronek w jednym, ale mniejsza o to). Zatem możesz się domyślić, jak reagowałam na to kiedy zalecano mi kładzenie się wcześniej do łóżka. No poza tym, że się wkurzałam, to jeszcze rzucałam coś w stylu: “jasne, wszyscy mądrzy, a to kiedy ja mam mieć czas dla siebie, bla, bla, bla … i tak dalej”.
Na szczęście ja jestem z tych co to do błędu potrafią się przyznać.

Tak, byłam w błędzie.

A jak do tego doszłam? A no w burzliwy sposób się wie. Najpierw był foch (już nie wiem o co), potem dół, aż w końcu stwierdziłam, że to wszystko jest bez sensu, więc nie będę z nikim gadać (szczególnie z Mr Rightem) i idę spać razem z Zetką. No i zasnęłam. A rano? Rano wszystko wydało mi się lepsze, kolorowsze i w sumie nawet moja twarz (no wiesz, jak trampek po spotkaniu z buldogiem), była w miarę.

Jaki z tego wyciągnęłam wniosek? Otóż by świat był prostszy i piękniejszy trzeba wypocząć. Tak niewiele, naprawdę. Nawet kosztem “czasu dla siebie”, bo przecież jak będę padnięta i jęzorem będę machać posadzkę to ten “czas dla siebie” to będzie czas stracony. Od tej nocy z fochem, gdy położyłam się wcześniej spać, wiele się zmieniło. Staram się położyć do łóżka wcześniej, niż kiedyś, przynajmniej troszkę. Staram się wysypiać (na tyle na ile możliwe jest to w jednym łóżku z 2-latką tańczącą breakdance w nocy). Jestem spokojniejsza. Moja praca wydaje się wydajniejsza. Mam lepszy humor. Nie mam worków pod oczami (dobra ściemniam, nadal je mam;). A przede wszystkim odeszły również wszelkiego rodzaju nerwobóle.

Ja wiem, że ODPOCZYNEK nie jest lekarstwem na wszystko, na problemy zewnętrzne i wewnętrzne, ale wiesz, jak ODPOCZNIESZ to jakoś łatwiej tej reszcie stawić czoła. Serio.


Zatem DOBRANOC.


PS. dobra tylko nie zdradźcie mnie, że przyznałam rodzinie rację, bo jeszcze obrosną w piórka i wiecie… mogę tego nie znieść. NIech to zostanie między nami ;)

To Cię może zainteresować

3 komentarze

  1. No to już wiem, czemu ja ostatnio szybciej się wkurzam, wciąż się czepiam i chodze jak tykająca bomba zegarowa!!!!! Jakaś zła energia u nas ostatnio jest i źle sypiam :(

    OdpowiedzUsuń
  2. No ja sypiam bardzo mało, bo jestem taką osobą, która musi wszystko zrobić do konca i nie może zostawiać na następny dzien, ale ja mam raczej odwrotnie. Nie denerwuję się, ani nie wpadam w szał. Tylko milczę....

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś w tym jest. Jak budzę się wyspana też mam jakoś więcej chęci do życia i energii :)

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge