Mamo powtórz to

21:13


Mówi się, że dzieci uczą się języka od nas, rodziców, dorosłych. To co my mówimy, one powtarzają. I tak jest, ale jest też odwrotnie. Dzieci uczą języka również nas. Tak od postaw. No nie mów, że nie! One uczą nas słów na pamięć przez wielokrotne powtarzanie tych samych zwrotów.

No przyznaj się ile razy przeprowadzałaś długie konwersacje ze swoim dzieckiem składające się ze słów, a raczej zlepków sylab: gu, gry, ma, ba, itp. Jasne ja też sobie tłumaczyłam, że to tylko ćwiczenia dykcji, że robię to po to, żeby mieć lepszą wymowę, a nie dlatego, że siedzę z dzieckiem sama w domu, nie mam pod ręką nikogo równego ze mną wiekiem, więc z braku laku pogadam sobie z dzieckiem, a że dziecko nie gada to pogadam tak jak ono gada. (Bosz co za dziwne zdanie mi wyszło, ale chyba załapałyście o co chodziło w nim;).

Jak przebrnęłaś już przez wszystkie pojedyncze sylaby to przyszedł czas na proste słowa. A jakie jest to najprostsze i najważniejsze słowo, które próbowałaś wpoić dziecku od kiedy otworzyło po raz pierwszy oczy? Jasne, że “mama”. Tysiąc razy dziennie powoli powtarzałaś, a wręcz sylabowałaś to słowo, tak jakbyś sama uczyła się mówić, by dziecko wreszcie je powtórzyło. Ty do niego “ma-ma, ma-ma, ma-ma”, ono patrzy na Ciebie jak na ufo, a finalnie rzuca Ci w twarz “ta-ta” to w wersji optymistycznej, w wersja pesymistycznej “ba-ba”. Jak dobrze, że ja tak usilnie wałkowałam Małą Zet, że chyba dla świętego spokoju wolała jako pierwsze powiedzieć “ma-ma”.

Powiem Wam jednak, że te powtarzanie tych prostych sylab to dopiero preludium to tego, co nas czaka później! Później to Matki zamieniają się w małe katarynki, powtarzające wciąż tą samą śpiewkę!
A co powtarzają najczęściej? Absolutnym numerem jeden jest słowo NIE, w różnych kombinacjach oczywiście. Począwszy od prostego przekazu dla najmniejszych dzieci, czyli zwykłego “nie, nie, nie”, połączanego z klasycznym grożeniem palcem, przez kolejne formy co raz bardziej złożone, które teoretycznie skierowane są dla starszych dzieci. Przynajmniej tysiąc razy dziennie powtarzamy “nie jedz tego”, bądź “nie do buzi” ewentualnie “nie wkładaj tego do buzi”, na co nasze dziecko zazwyczaj nie reaguje i to co nie miało trafić do jego buzi trafia tam w przyspieszonym tempie, by mama nie zdążyła tego wcześniej zabrać. Dzień w dzień przynajmniej sto razy powtarzamy “nie wchodź tam”, na zmianę z “nie wchodź na to”, bądź “nie wolno”. Niestety dziwnym trafem dzieci albo nie rozumieją, albo nie słyszą. Chociaż ani jedna ani druga teoria nie wydaje mi się prawdziwa. Ja bym obstawiała, że one najzwyczajniej w świecie  olewają nas, oczywiście do czasu aż spadną. Po upadku jesteśmy znowu wspaniałe i najmądrzejsze. Słowo “nie” jest bardzo wdzięczne, łączy się z tak wieloma przekazami, że aż trudno je wymienić. To taka matczyna broń przeciw dzieciom, szkoda, że nieskuteczna.

Co jeszcze powtarzamy wielokrotnie każdego dnia? 

Ja na przykład na zmianę z “nie uciekaj” rzucam w eter hasło: “patrz pod nogi”. Skoro pierwsze polecenie i tak nie działa to zawsze mam nadzieję, że może przynajmniej drugie zadziała, ale niestety. Zazwyczaj kiedy zaczynam je wypowiadać to kończę na “patrz pod no…” bo w tym momencie Młoda już leży na ziemi. Strasznie nierówne te chodniki w naszym kraju, trawniki zresztą też. No cóż trzeba będzie zainwestować w jakieś ochraniacze na kolna, i na łokcie, w sumie kask na głowę to też spoko pomysł.

Numerem trzy na liście najczęściej powtarzanych słów jest w ostatnim czasie “stop” oraz “posłuchaj”, a co raz częściej jest to połączenie “stop, posłuchaj”. To jedyny sposób na zatrzymanie ataku histerii i przebicie się przez lament, by spróbować coś wytłumaczyć. Zatem po haśle “posłuchaj” następuje moja rozwinięta argumentacja dlaczego to, a nie tamto itp. Argumentacja wypływa, dochodzi do dziecka i … w sumie nic. Dziecko nadal ma focha, ale przynajmniej przez minutę było cicho, a my mamy czyste sumienie, że spróbowałyśmy podręcznikowymi metodami wytłumaczyć co i jak.

Tak poza konkursem dodać trzeba, że każda matka w ciągu jednego dnia powtórzy imię swojego dziecka przynajmniej milion razy. Warianty są różne. Zaczynamy od czułego zdrobnienia, kiedy pałamy do dziecka pełną miłością. Gdy przestaje nas słuchać przechodzimy poziom wyżej i wołamy je pełnym imieniem, by finalnie tworzyć zlepki “Chryste Zofia….”, “Matko Boska, Antek …”, “Kurde Franek…”, “no chyba nie wytrzymam, Tosia …!”. A dziecko się finalnie zastanawia czy my je wołamy, czy się jednak modlimy.

No i finalnie co raz częściej powtarzam “zabijcie mnie” to takie wołanie o pomoc kiedy już nic nie działa, a ja mam ochotę uciec na drzewo przed własnym dzieckiem. Po czym ono patrzy na mnie tymi wielkimi oczyskami i już nie chcę, żeby ktoś mnie zabijał.

Dzieci to mistrzowie. Mistrzowie w wystawianiu naszej cierpliwości na próbę, ale też mistrzowie komunikacji. Przychodzi taki moment, że to my zniżamy się do ich poziomu i ćwiczymy mowę poprzez powtórzenia. Rodzice idealnie wiedzą czego dziecko chce mówiąc słowa dla innych niezrozumiałe. Jak mówi “mniam” biegniesz po jedzenie, jak mówi “ba” wiesz, że chodzi o balon, a wołając “pam” chce zmienić pampers. Ehh mistrzowie komunikacji,  


No to teraz powtórz!











To Cię może zainteresować

11 komentarze

  1. Rany, jakie to wszystko prawdziwe. Nawet się nad tym do tej pory nie zastanawiałam, a jednak!

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś w tym jest i to nawet więcej niż coś ;) Szczerze to wcześniej nawet o tym nie myślałam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wierzę :) Ten sam temat pojawił się dzisiaj w mojej głowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matki to jednak mają taki sam żywot ;)

      Usuń
  4. Sama prawda! Nawet nie zwracamy na to uwagi jak często powtarzamy te same zwroty. szkoda, że się odbijają jak od ściany. Cóż, takie prawo dzieciństwa ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, tak! Jako dzieci męczyło nas, że rodzice ciągle to samo mówią, a teraz proszę :P Chyba każda mama jest taka sama :)

    OdpowiedzUsuń
  6. I wszystko do nas wraca xD Kiedyś nasze mamy, teraz my ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja ostatnio najczęściej powtarzam: "Franek! nie jedz kociej karmy" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha dobrze, że nie mamy kota. Kiedy jesteśmy u rodziców to Zetka dobiera się do misek ich psa :P

      Usuń
  8. Haha, świetny post, uśmiałam się... muszę powtórzyć :D

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge