Jak można na to pozwolić? czyli Rodzice kontra Nie-Rodzice

20:18


To zadziwiające jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Zadziwiające jest też to jak prawdziwe jest stwierdzenie: “zapomniał wół jak cielęciem był”.

Skąd takie wnioski?
No, oczywiście z obserwacji, bo jakżeby mogło być inaczej.

Rodzice i Nie-Rodzice. Rodzice, czyli dumni, mniej lub bardziej, posiadacze małych człowieczków. Nie-Rodzice, czyli Ci którzy jeszcze dzieci nie mają, albo już zapomnieli jak to jest je mieć, bo ich własne egzemplarze jakiś czas temu odrosły od ziemi. Rodzice i Nie-Rodzice. To takie odwieczne dwa obozy, które niby nic do siebie nie mają, a jednak po minach, gestach czy słowach odczuwa się pewną dezaprobatę jednych względem drugich.. Szczególnie ta druga grupa ma wiele zastrzeżeń do tej pierwszej. Dlaczego? Ponieważ Rodzice nie mają czasu zawracać sobie tyłka zachowaniem innych ludzi. Mają swojego własnego małego człowieczka, który wypełnia ich czas w 100% i nie pozwala na rozglądanie się po bokach.

W związku z tym mam apel do Nie-Rodziców.

Nie oceniajcie nas, Rodziców i naszych dzieci. Szczególnie jeśli nas nie znacie.
Wbrew pozorom my widzimy świat poza naszymi dziećmi. Widzimy Wasze zdegustowane miny. Widzimy Wasze kręcenie głową. Widzimy Wasze szepty, a raczej je słyszymy, bo dalekie one są od tego, co z definicji szept oznacza. Widzimy Wasze uniesione brwi w geście dezaprobaty. Tak, my to widzimy i słyszmy.

Drodzy Nie-Rodzice, których dzieci już przestały być dziećmi, a może nawet mają już własne małe człowieczki, zróbcie sobie rachunek sumienia zanim zarzucicie nam, że jesteśmy złymi Matkami, że dzieci nami kierują, że nie potrafimy przywołać do porządku własnego dziecka. Wasze dziecko też święte nie było. Tylko z czasem się o tym zapomina. Ja pewnie też kiedyś o tym zapomnę, chociaż mam nadzieję, że nie. Drodzy Rodzice Dorosłych Dzieci, dam sobie rękę uciąć, że Wasze dziecko też płakało, też nie chciało siedzieć w wózku, też miało etap uciekania, plucia, wymuszania, biegania po Kościele, sklepie, restauracji, głośnego krzyczenia w nieodpowiednich momentach itp. Nie wierzę, że nie. Bo takie są dzieci. Wasze Dorosłe dzisiaj Dzieci też ząbkowały, miały bunty dwulatkach, trzylatka itp. To nie wymysł naszych czasów. One były zawsze, tylko teraz nadano tym okresom buntu nazwy. Nie po to, żeby nas Rodziców usprawiedliwić. Po to, żeby było nam łatwiej przez to przejść, ze świadomością, że nasze dziecko nie jest złe, my nie jesteśmy złe. Mamy gorszy moment, mamy okres buntu, ale przejdziemy przez niego i wychowamy dobre dzieci. Tak jak zrobiłyście to Wy.

Drodzy Nie-Rodzice, którzy ten etap zwany rodzicielstwem macie jeszcze przed sobą do Was też mam prośbę. Nie oceniajcie nas. Nie chciałabym być niemiła, ale prawda jest taka, że nie macie prawa tego robić. Nie wiecie co to niewyspanie, kolki, ząbkowanie, bunty itp. Nie patrzcie na nas takim wzrokiem, kiedy nasze maluchy nagle upierają się, bo chcą iść w inną stronę. Nie komentujcie, gdy wpadną w histerię z byle powodu. Dla Was to “byle powód”, dla dziecka to sprawa “życia lub śmierci”. Nie twierdź “moje dziecko tak nie będzie robić” lub “ja sobie na takie zachowanie nie pozwolę”. Ono będzie tak robić, a Ty będziesz robić wszystko, żeby się uspokoiło i zachowało odpowiednio, ale nie zawsze przyniesie to odpowiednie skutki, a przynajmniej nie od razu. Twoje dziecko też przejdzie przez wszystkie te niemiłe dla Rodziców okresy, a Ty też będziesz musiała znosić te wszystkie spojrzenia następnych Nie-Rodziców. Wiem, bo też byłam kiedyś po Twojej stronie. Też wszystko wydawało mi się takie proste, a za złe zachowanie dziecka, winą obarczałam Rodziców. Teraz wiem, że to nie ich wina, a każde dziecko musi przejść różne etapy, kształtujące jego charakter. Twoje też przez nie przejdzie.


Nie-Rodzice pamiętajcie: Dzieci to żywioł. Mają swoje prawa, a czasami po prostu wydaje im się, że je mają. Z tego powodu starają się głośnym zachowaniem to wymyślone sobie prawo wyegzekwować. Nie oceniajcie nas. To, że nasze dziecko w danym momencie źle się zachowuje nie oznacza, że my jesteśmy złymi Rodzicami, albo co gorsza, że nasze dziecko jest złe. Ono po prostu nie wie jeszcze co to “odpowiednie zachowanie”. A My, Rodzice, uczymy je sumiennie jak powinno się zachować. To jednak nie przychodzi od razu. To jest proces. Ty Rodzicu Dorosłego Dziecka przecież wiesz o tym najlepiej! Ty masz to już za sobą. My też będziemy mieli, ale teraz dajcie nam czas na przejście przez te wszystkie trudne okresy, by za jakiś czas zobaczyć nas dumnych, a nie wystraszonych “bo co ludzie powiedzą”.





To Cię może zainteresować

15 komentarze

  1. Jesteśmy rodzicami, ale po przeczytaniu tego wpisu bardziej pasujemy do drugiej definicji. Nasze dziecko to wyłącznie nasza sprawa i nie wyobrażam sobie mieć pretensji do kogoś, kto słusznie zwróciłby uwagę, gdy niegrzecznie się zachowa.zmęczenie rodzica z jakiegokolwiek powodu nie jest usprawiedliwieniem- np.do kościoła ludzie chodzą w skupieniu się modlić i mają prawo oczekiwać, że rodzice będą to szanowac- jeśli moje dziecko nie potrafi się zachować gdziekolwiek- wychodzę, bo to mój problem, a nie obcych ludzi. Nie życzę też sobie być opluwana, obsypywana piaskiem czy ochlapywana blotem- i nie życzę sobie też, by moje dziecko bylo- tylko dlatego, że ktoś ma problem ze swoim. Ja też miewam, bo dzieci takie bywają - ale do rodziców należy nad nimi zapanować, a nie wymagać, by inni godzili się na dyskomfort, bo dzieci nie mają

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca o to mi chodziło w tym wpisie. Jestem pierwszą osobą, która zwraca dziecku uwagę, bo rodzice od tego są, aby wychowywać a nie pozwalać na wszystko dziecku. Niestety w pewnym wieku dziecko na zakazy reaguje negatywnie. Naszym zadaniem nie jest ignorować to zachowanie, wręcz przeciwnie. Jednak unikanie niektórych miejsc nie jest wyjściem. Dziecko nauczy się w nich odpowiednio zachowywać tylko w momencie, gdy je w nie zabierzemy i zwrócimy uwagę, gdy źle się zachowa. Będzie się buntowało, ale w końcu zrozumie. Oczywiście jeśli przekroczy pewną granicę należy wyjść.

      Usuń
    2. Cóż, dla mnie czasem jest- byłam świadkiem beztroskiego wychowania w tak wielu miejscach, że już nawet nie krępuje się głośno skrytykowac- bo np.do restauracji wychodzę dla relaksu i nie zamierzam wychodzić zalana gorącą zupą tylko dlatego, że jacyś rodzice czekają, aż dzieciak przekroczy granice. Przestrzeń publiczna to szczególne miejsce- wolność każdego, także dziecka, kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Może jestem staroświecka, trudno.

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że różnica między beztroskim, czy raczej bezstresowym wychowaniem (którego nie jestem zwolennikiem), a wychowaniem prawdziwym, w poszanowaniu miejsc i dóbr publicznych pojawia się w momencie, gdy dziecko jest nieco starsze. Rocznemu dziecku trudno wytłumaczyć, że czegoś nie wolno, trzeba mu tego zabronić, chociaż wiadomo, że w tym wieku będzie się buntowało. Z czasem nauczy się co wypada a czego nie, jeśli będziemy konsekwentni, pomimo buntu dziecka. Nie jest sposobem zamykanie go w domu. Tak nie nauczy się życia społecznego. Myślę, że różnica pojawia się, gdy dziecko 5-letnie zachowuje się tak jak 1,5-roczne. To znaczy, że wcześniej nie nauczyliśmy dziecka jak powinno się zachować. A z czasem jest to co raz trudniejsze.

      Usuń
  2. Powinnam tez, z powyzszej definicji, zaliczyc sie chyba do grona nie-rodziców, bo mój syn niedawno ukończył pełnoletność. No ale jakoś tak się składa, że nadal czuję się rodzicem i pewnie już zawsze tak będzie. Nie zapomniałam też jak to jest mueć małe dziecko-mój do słodkich bobasków tylko jedzących i śpiących nie należał, zdrcydowanie był żywym srebrem, ale nigdy mi nie przyszło do głowy, aby traktować to jako udprawiedliwienie jego zachowania i tłumaczyć: przecież to tylko dziecko, ma prawo. Obecnie mieszkam za granicą i widzę ogromne różnice między zachowaniem się dzieci w Polsce a tam. A nue sądzę, aby tam dzieci inne się rodziły? Z natury tylko grzeczne, cichutkie i potulne? W czy więc tkwi szkopuł? Tak, to jest pytanie retoryczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi o usprawiedliwienie. Dziecko uczy się, a my musimy je uczyć zwracając im uwagę. Tylko właśnie w tych momentach, kiedy zwracamy uwagę dzieci lubią się buntować. My musimy być konsekwentni, aż dziecko zrozumie jak należy się zachowywać. Natomiast osoby postronne często w tych momentach, gdy nasze dziecko się buntuje przeciw naszym rozkazom, oceniają nas negatywnie jako rodziców, a my przecież staramy się dziecko nauczyć jak powinno się zachować. To, że w tym momencie mu się to nie podoba to inna sprawa.

      Usuń
  3. "Ono po prostu nie wie jeszcze co to “odpowiednie zachowanie”." A co to odpowiednie zachowanie, jakie warunki powinny być spełnione?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest coś takiego jak kultura osobista i przyjęte normy. Każdy je przestrzega, w mniejszym lub większym stopniu. W kościele nie biegamy, nie wybiegamy na ulicę, a w sklepie nie zrzucamy niczego z półki. Oczywiste rzeczy prawda? Ale dla dziecka nie. To trzeba dziecku przekazać. Nauczyć go tego. Choć za pierwszym razem może spotkać się to z jego negatywnym odbiorem. Za drugim będzie już inaczej. Nauczy się. To, że raz wpadnie w płacz bo czegoś mu zabronimy, nie czyni z nas złych rodziców, ani jego złym dzieckiem. My przekazujemy mu normy i to jest nasze zadanie. Jego zadaniem jest je zaakceptować, ale nie łudźmy się, że jak raz powiemy coś małemu dziecku to ono pokiwa głową ze zrozumieniem i odpowie: "oczywiście mamusiu"

      Usuń
  4. Nie mam dzieci, ale podejrzewam, że w ciągu najbliższych pięciu lat to się zmieni. I jestem w grupie oceniającej każdego rodzica, którego dziecko nie potrafi się zachować, ponieważ znam masę dzieci, które są grzeczne, ułożone i uśmiechnięte gdy wychodzą między ludzi. I jeżeli dziecko poniżej 3 roku życia nie umie się zachować, to poślę biednemu Rodzicowi tylko współczujące spojrzenie, ale jeśli jest starsze, to moim świętym prawem jest patrzeć z dezaprobatą. Za to w żaden sposób nie jest obowiązkiem Rodzica się moim niezadowoleniem przejmować. Chociaż jestem zdania, że jeżeli Rodzic jest kulturalny to wyczuje, że zachowanie Jego dziecka przeszkadza innym i jakoś zainterweniuje. A jeżeli interwencja nie przyniesie skutku to opuści miejsce publiczne z dzieckiem pod pachą pozwalając innym na spokojne spędzanie czasu. Oczywiście jest argument, że dziecko musi przebywać w otoczeniu ludzi, żeby nauczyć się społecznie akceptowalnych zachowań, ale wydaje mi się, że jednak między koniecznością asymilacji dziecka a prawem do świętego spokoju innych ludzi można zachować równowagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej miałam na myśli sytuację taką, w której dziecko jest upominane i to upominanie spotyka się z dezaprobatą dziecka. Ono niestety nie potrafi inaczej swojego niezadowolenia wyrazić jak np. płaczem. Oczywiście jeśli próba jego uspokojenia nie daje rezultatów to też jestem za tym aby dane miejsce opuścić. Nie mówię tutaj o tym, żeby usprawiedliwiać dzieci, którym na wszystko się pozwala i drą się w niebogłosy z byle powodu. Jednak każde dziecko przechodzi np. etap nienawiści do wózka i chęci samodzielnego zwiedzania świata. Niestety nie zawsze można na to pozwolić, co z kolei spotyka się z jego negatywną reakcją. Dziecko nie jest złe, rodzic nie jest zły. Uczy dziecko, że powinno iść np. za rękę, by nie stała mu się krzywda. Raz się będzie upierało, drugi raz się będzie upierało, ale dzięki temu za trzecim razem zrozumie, że to nie ma sensu.

      Usuń
  5. Wiem, że piszesz o konkretnych sytuacjach, ale nie podoba mi się zdanie: "Wy, którzy nie macie własnych dzieci, nie macie prawa nas oceniać". Zabiera ono mądry głos bezdzietnym pedagogom, lekarzom, psychologom i specjalistom, i odbiera prawo do oceny i reakcji gdy dziecko jest bite, upokarzane, czy zaniedbane. Cała sztuka w pisaniu to to, by wiedzieć, co naprawdę chce się powiedzieć i zrobić to klarownie. W przeciwnym razie, każdy odbiera sytuację po swojemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie popadajmy w paranoję. Co innego płaczące dziecko, które upiera się o zabawkę, a co innego płaczące dziecko bo jest bite. Czujesz różnicę? Nie trudno ją wyłapać. Nie zabieram również głosu bezdzietny pedagogom, psychologom, czy specjalistom. Oni raczej są na tyle mądrzy, by nie rzucać bezpodstawnych oskarżeń. Są jednak młode osoby, które patrząc na Matkę, której dziecko buntuje się przeciwko jej decyzji np. o tym, że loda zje po obiedzie, będzie rzucać komentarze, że "dziecka nie potrafi wychować", czy myślące "moje dziecko na pewno nie będzie się tak zachowywało". Bo będzie! Do czasu, aż zrozumie, że takie są reguły, a reguł się przestrzega. Dla osób posiadających dzieci w 1-3 tekst jest klarowny, ponieważ są właśnie na etapie przejścia przez trudny okres dziecięcego negowania rodzicielskich decyzji.

      Usuń
  6. Droga Autorko bloga, zajrzałam tu jeszcze raz by zobaczyć jak potoczyła się dyskusja. Widzę kilka wsrtościowych komentarzy, które mogły być zalążkiem długiej i ciekawej wymiany zdań. Niestety, z Twoich odpowiedzi wyłania się obraz " matki wszystko najlepiej wiedzącej " a to raczej do konwersacji nie zachęca. Może to, co powiem będzie w dużej mierze niesprawiedliwe, ale tak się składa, że od jakiegoś czasu obserwuję świat blogowych mam i taki dokładnie obraz mi się maluje-wszystko wiedzą najlepiej, niektóre jeszcze w ciąży zostają ekspertkami od wychowywania ( czyli w głównej mierze polecenia, co dziecku należy niezbędnie kupić). Najśmieszniejsze jest jednak w tym wszystkim to, że potem oburzają się krytyką swoich zachowań. Oczywiście generalizuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zajrzałaś jeszcze raz. Jak się okazuje z pozoru niewinnym tekstem wsadziłam kij w mrowisko (zupełnie nieświadomie i niezamierzenie). Nie jestem "matką wszystko wiedzącą". Nigdy tak nie twierdziłam i nie będę twierdzić. Jestem Matką, która na Macierzyństwie się nie zna, matką uczącą się na błędach, bo na tym polega macierzyństwo co zresztą nie raz pisałam. Z drugiej strony blogi nie są pisane po to by przedstawiać obiektywne opinie. Blogi są w 100% subiektywnym postrzeganiem świata. Taki przyświeca im cel.
      Widzę, że nieco rozmywa się cel w jakim napisałam ten tekst z jego zrozumieniem przez czytelników. Jedni pojmują go tak jak ja, inni wręcz przeciwnie i to jest świetne. O to chodzi w blogowaniu, by każdy miał prawo swojej opinii bronić.
      Myślę, że różnica zdań wynika z cienkiej granicy między zachowaniem jeszcze akceptowalnym a już nieakceptowalnym. Przyznam szczerze, że nie wszyscy rodzice ją wyczuwają. Ja sama jestem raczej z tych bardziej "zasadniczych" rodziców. Stawiam granice i mimo sprzeciwu dziecka granic tych się trzymam. To wychodzi nam na dobre. Przyznam jednak również, że niektórzy "postronni" przesadzają w reakcjach, na zachowania mało przeszkadzające. Bo czy takie karygodne jest kiedy dziecko roczne np. podczas mszy niedzielnej okrąża w ciszy własny wózek bądź wstaje i siada na pierwszy stopień schodów?

      Usuń
  7. Ze wstydem przyznam, że jeszcze całkiem niedawno zdarzało mi się być tym oceniającym "jeszcze nie rodzicem". Dziś się śmiejemy z mężem, że tym buntem dwulatka to nas Bozia pokarała, jak krytykowaliśmy między sobą ludzi, że "te bachory tak wychowują". :D Ach, życie... Samo życie. :D

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge