Największy wróg Matki

20:27


Tyle przygotowań, tyle sprzątania, gotowania, pieczenia, a tu raz, dwa i już po. Nawet się człowiek nie obejrzał, a tegoroczne Święta Wielkanocne przeszły już do historii, zapisanej w tysiącach zdjęć.

Święta odeszły do wspomnień, ale zostawiły po sobie kilka dodatkowych centymetrów w talii (bo jak tu nie zjeść tego dodatkowego kawałka ciasta, które tak błagalnie na nas patrzy i prosi by skrócić jego męczarnie na tym talerzyku), kilka dodatkowych kilogramów do zrzucenia podczas najbliższych treningów (ale jak to nie zjeść całego obiadu, który Babcie naszych dzieci z taką miłością i uwagą przygotowały), pełne aparaty zdjęć (nie sposób oprzeć się możliwości złapania tych ulotnych chwil na dłużej).

U nas Święta pozostawiły po sobie jeszcze jedną pamiątkę. Guza na czole Małej Zet.
Dziewczyna tak się zagalopowała podczas wygłupów, że zapomniała o tym, że między pokojami są ściany! A przecież głową, muru nie przebijesz (tak mówią!)

Nigdy nie byłam typem Panikary. Raczej na spokojnie (żeby nie powiedzieć olewająco) podchodziłam do różnych zdarzeń. Trochę się to zmieniło, gdy na świecie pojawiła się Mała Zet. Wiecie, siebie to mogę zbagatelizować, ale dziecka to już za nic w świecie. Mimo wszystko nie uważam się za panikarę! Czego nie mogę powiedzieć np. o mojej Mamie, czyli Babci Małej Zet. Do dzisiaj pamiętam jak do szewskiej pasji doprowadzała mnie czarnowidztwem swym! Począwszy od przeziębień urastających do rangi poważnych chorób, a skończywszy na wydzwanianiu, gdy spóźniałam się więcej niż 10 min (bo nie mógł mi uciec autobus, tylko na pewno już ktoś mnie porwał, wywiózł, zgwałcił i zakopał pod dębem).

Taka, jak moja Mama na szczęście nie jestem, ale nie ukrywam, że co nieco z jej genu mam. Nie będę Wam ściemniała, że przeszłam całkiem obojętnie obok świątecznego  incydentu ze ścianą. Przyznam Wam się szczerze, że bacznie obserwowałam zachowanie Małej Zet czy aby na pewno nic jej się w tej małej główce nie poprzestawiało.

Jak myślicie co sprawia, że w naszych głowach pojawia się koleżanka Panikara, która utrudnia nam nasze macierzyństwo?
Powiem Wam.
Wszystkiemu winna jest WYOBRAŹNIA.

Zanim zostaniemy rodzicami szczycimy się swoją wyobraźnią, kreatywności itp. Gdy na świecie pojawia się nasze upragnione dziecko ta wyobraźnia, wcześniej lubiana przez nas zdolność, podsycana jest morzem miłości, obaw oraz chęci zapewnienia dziecku wszystkiego co najlepsze, a to niestety najkrótsza droga do pojawienia się genu Panikary. Dodatkowymi czynnikami potęgującym czarnowidztwo są “życzliwe sąsiadki”, “nadopiekuńcze teściowe”, “przewrażliwione ciotki”.

To właśnie WYOBRAŹNIA każe młodej Matce, co godzinę sprawdzać czy dziecko śpiące w łóżeczku oddycha, podsuwając jej straszne obrazy, podsycane dodatkowo zasłyszanymi lub przeczytanymi wcześniej historiami. To właśnie między innymi WYOBRAŹNIA zmusza Matkę do sprawdzania po tysiąc razy czy gorączka już spadła podczas przeziębienia. To WYOBRAŹNIA każe z każda plamką biec do lekarza, by upewnić się, że to nic poważnego, że to tylko zwykłe przebarwienie lub inna błahostka. To właśnie WYOBRAŹNIA pcha nas do samochodu, by pędzić na sygnale do szpitala, gdy dziecko uderzy się w głowę (nawet jeśli nie płacze).

Tak, WYOBRAŹNIA potrafi nam uprzykrzyć życie.

Podsuwa nam czarne scenariusze, a my truchlejemy nad tymi naszymi Skarbami. Po każdym niefortunnym zdarzeniu nie odstępujemy dziecka na krok, by przypadkiem nie przegapić jakiegoś niepokojącego objawu. Przy każdym przeziębieniu bacznie obserwujemy jego zachowanie, mierzymy po tysiąckroć gorączkę i biegamy do lekarza z każdą niepokojącą nas rzeczą.

Drogie Mamy zmartwię Was. Niestety wyobraźnia będzie nam już płatała figle do końca życia. Nie ma sensu łudzić się, że gdy dziecko dorośnie to wszystko się zmieni, że my będziemy spokojniejsze, a wyobraźnia zwolni obroty. Niestety ona z wiekiem dziecka nie odpuszcza, a wręcz przeciwnie. Gwarantuję Wam, że każde spóźnienie się ze szkoły czy ze spotkania na placu zabaw z przyjaciółką, a w późniejszym czasie późniejszy powrót z  imprezy będzie skutkował u nas stanem przedzawałowym spowodowanym wizjami tego, co mogło się naszemu dziecku przytrafić. Jeśli jeszcze do tego dziecko nie odbierze telefonu, to będziemy w stanie postawić na nogi całe osiedle i pobliski komisariat policji. Zanim wpadniemy na to, żeby zadzwonić ponownie, ponieważ dziecko mogło nie usłyszeć jak dzwoniliśmy, będziemy miały  już wypisane zgłoszenie do programu “Ktokolwiek widział, Ktokolwiek wie”.

Niestety w takich sytuacjach WYOBRAŹNIA lubi odbierać nam zdrowy rozsądek.

Jednak nie taka straszna ta WYOBRAŹNIA jak ją opisałam. Nie mając jej lub mając ją bardzo słabo rozwiniętą bardzo trudno jest wychować szczęśliwe dziecko (o ile w ogóle to jest możliwe!). WYOBRAŹNIA pomaga nam w wymyślaniu interesujących i edukacyjnych zabaw dla dziecka, pomaga nam w przygotowaniu posiłków tak by Maluch chciał je zjeść, pomaga również świetnie bawić się podczas codziennych, rutynowych zajęć pielęgnacyjnych.

Na obronę tak bardzo obsmarowanej w tym poście WYOBRAŹNI powiem, że z nią jest ciężko, ale bez niej jeszcze gorzej.







To Cię może zainteresować

7 komentarze

  1. To fascynujące jak macierzyństwo wszystko w nas zmienia :) A jak wolę być matką, tóra czasem ulega tej "negatywnej" wyobraźni, niż tą bez wyobraźni ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zdecydowanie wolę tą opcję nr 1 ;)

      Usuń
  2. Oj tak! :) Ale jestem zdania, że troszkę "negatywnej" wyobraźni nikomu nie zaszkodziło, a jednak wychowując dziecko wyobraźnię trzeba mieć!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam wrażenie, że mój Oli zaczyna być "nieśmiertelny". I oby tak było, ktoś powie... ale ja wolę tej jego nieśmiertelności nie testować! W żaden sposób :)
    I tego Wam życzę :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak! Ta "negatywna wyobraźnia" się usprawnia z wiekiem - wystarczy popatrzeć na najukochańsze Babcie:)Choć nie zmieni nic faktu, że wyobraźnia to jedna z postaw!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja ubijam wyobraźnię najbardziej jak mogę bo bym zwariowała. Chociaż dziś prawie zawału dostałam gdy dziecko ma znikło z oczu w przedszkolnym tłumie... Nigdy więcej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Na szczęście tatusiowie tą wyobraźnię panikarską mają najczęściej na minusie, więc się wyrównuje. :D Trzeba nad sobą panować, żeby dziecka nie ograniczać, ale przy okazji trzeba nieco panować nad sytuacją. Przynajmniej jak ma się takiego małego wariata jak moja córka, co skacze po łóżku na główkę, a szafki traktuje jak drabiny. :D

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge