Słoiczkowe love

20:06

Jeszcze w ciąży jako przyszła Matka Amatorka zaopatrzyłam się w mądre książki o dzieciach i przeczytałam pół Internetu w poszukiwaniu informacji dotyczących instrukcji niemowląt. Oczywiście niewiele to pomogło. Każda nowa rzecz i tak jest dla mnie mega zaskoczeniem. Jeśli pozytywnym to pół biedy. Na te negatywne reaguję najpierw paniką, później dopiero dochodzę do mądrego wniosku: „ale Ty głupia jesteś! To nic takiego”. Z tych wszystkich mądrych książek dowiedziałam się co nieco o rozszerzaniu diety. Zatem uzbroiłam się w cierpliwość (to było ciężkie przeżycie, bo ja raczej z tych niecierpliwych jestem) i czekałam do ukończenia 4 miesiąca.

Zanim nadszedł ten wielki dzień wyruszyłam na zakupy. Stanęłam przed ścianą ze słoikami jak wryta. O cholera ile tego jest! Zaczęłam wybierać te nadające się dla Małej Zet. Marchewka, groszek, brokuł, kalafior, jabłuszko, gruszka, śliwka, jabłuszko z czymś tam, śliwka z czymś innym, itp. No od groma tego było. Ładowałam do wózka bez opamiętania, jakby wojna miała być. Z rogalem od ucha do ucha jak dziecko w Disneylandzie poszłam do kasy. Babeczka, która mnie kasowała jak nic pomyślała, że przynajmniej piątkę maluchów mam w domu.

Tak zaopatrzona czekałam na skończenie przez Małą Zet 4-go miesiąca, żeby urozmaicić jej delikatnie mówiąc monotonny jadłospis (Rano pierś, w południe pierś, popołudniu pierś i tak dalej, dzień w dzień. Rośnie duża i okrąglutka na przekór wszystkim tym, którzy twierdzą, że szczupłe mamy z „średniej” wielkości biustem swoich dzieci nie wykarmią. Ha i kto miał rację, że dam radę?).

Wreszcie niedawno nadszedł ten dzień i Mała Zet skończyła 4 miesiące. Moja cierpliwość została wystawiona na kolejną próbę. Zaskoczyła nas wiosenna epidemia, która przylazła właśnie w tym dniu, kiedy świętowaliśmy kolejny miesiąc Małej. Zostałam brutalnie zmuszona do przełożenia premiery słoiczkowej. W taki sposób pierwszym smakiem jaki poznała Mała Zet był antybiotyk. Nie była zachwycona i wcale się jej nie dziwię. Na jej miejscu też bym zaciskała usta i płakała. Fuuuuj!

Kiedy udało nam się przebrnąć przez bakcylowe przygody postanowiliśmy wreszcie poczęstować Małą Zet czymś smacznym (tak nam się przynajmniej wydawało). Uzbrojeni po zęby w aparaty, kamerki i inne bajery zabraliśmy się do rozszerzania diety. Marcheweczka poszła na pierwszy ogień. Odgrzałam pół słoika (oj ja niemądra), założyłam jej śliniaczek, a Mr Right odpalił wszystkie sprzęty. Okazało się, że niewiele było do nagrania, Mała Zet nie była zachwycona nowym jedzeniem. Ja ochoczo nabrałam na łyżeczkę papkę marchewkową, z uśmiechem podaję ją Małej a ona patrzy na mnie, jakby chciała mi powiedzieć: „Zwariowałaś”. Z niechęcią otwarła buzię, a jak skosztowała co jej daję to jej mina nie wyrażała zadowolenia. Większość tego co miała w ustach wylądowało na śliniaku, rękawach i mojej ręce! Przygoda  skończyła się na dwóch łyżeczkach. A teraz zgadnijcie kto musiał zjeść resztę? Oczywiście, że ja! Nie dziwie się, że zapał Małej do jedzenia nie był zbyt wielki. Daleko takiemu słoiczkowi do wykwintnego dania. Okazało się, że marchewka to był mały pikuś i była z gatunku tych smacznych. Próbowaliście dzieciom podać brokuł? Mała Zet więcej wypluła niż zjadła, więc reszta znowu musiała być zjedzona przeze mnie (niestety…). Jak sobie pomyślę ile jeszcze słoików stoi w lodówce i ile będę musiała zjadać po Małej to trochę mi się nie uśmiecha. Jednak nie poddajemy się! Oswajamy ją nadal z warzywami i owocami. Kolejne razy pewnie będą lepsze.

A jakie są Wasze doświadczenia z rozszerzaniem diety? Kiedy podałyście pierwsze łyżeczki? Od czego zaczęłyście ? 








To Cię może zainteresować

4 komentarze

  1. Jej... już zapomnieliśmy o słoiczkach :) teraz Synkowi najlepiej smakuje tylko to, co i my jemy - dlatego menu obiadowe nieco dostosowaliśmy do synka ;)

    Ale Gerberka jedliśmy z przyjemnością i od czasu do czasu zjemy też jakiś deserek :) w podróży - jak najbardziej bardzo przydatne.

    Pozdrawiam i życzę smacznego!

    OdpowiedzUsuń
  2. 4 miesiące to bardzo wcześnie. My rozszerzyliśmy dietę po 6 ale każdy robi po swojemu :) Spróbuj dać maluchowi świeżą, obraną i przekrojoną na 4 marchewkę w rączkę. Niech sobie poliże a i dziąsła przy okazji pomasuje. U nas to zdało egzamin :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie ja też wszędzie czytam w mądrych książkach żeby piersiowym dzieciom po 6 miesiącu wprowadzać ;) juz sama nie wiem, ale może za mała jest jeszcze :) moja ma dopiero miesiąc i tez juz marze o tym żeby jadła coś innego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja zaczęłam od warzyw bo wyczytalam że lepiej taj zacząć bo dziecko łatwo przyzwyczai sie do słodkich owoców no i coś w tym jest :-) więc marchewka brokul kalafior i zupka jarzynowa (uważaj na ta z bobovity, mojej córeczce bardzo zaszkodziła ponieważ jest w niej por) po 2 tygodniach warzyw wprowadzalam owoce. Zaczęłam wprowadzac w 5 miesiącu. Jak nie chciala jesc to zrobiłam dzień przerwy :-) na początku tez jadła po 2 lyzeczki

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge