Nie ucz Matki/Ojca dzieci robić !

22:34

„Nie ucz Matki/Ojca dzieci robić” – przyszedł taki dzień, że usłyszałam takie hasło od własnych rodziców. Wszystko przez ilość wydanych im rad jak zająć się Małą Zet, którymi zasypałam ich jak lawiną. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, to moje własne zachowanie, które spowodowało pojawienie się tego powiedzenia, wydaje mi się śmieszne.

Ale po kolei. Zostaliśmy zaproszeni na wesele do naszych przyjaciół. Mega się cieszyłam na to wyjście, no wiadomo wreszcie perspektywa na wyrwanie się z domu. To jednak oznaczało, że pierwszy raz musimy zostawić Małą praktycznie na całą noc z kimś innym i z tego powodu się nie cieszyłam. Niby logiczne, że dla niej będzie lepiej jeśli nie będziemy jej ciągnęli za sobą. Z drugiej strony perspektywa takiej „długiej” rozłąki była dla mnie przerażająca!! Wiem, wiem, że to tylko kilka godzin, ale nocą! Nigdy jeszcze jej w nocy nie zostawiłam komuś pod opieką. Moi rodzice zgłosili się na ochotnika, żeby się Małą Zet opiekować. Wcale mnie to nie zdziwiło, przecież w dniu swoich narodzin zaczarowała ich swoimi wielkimi oczami, ba nawet przed narodzinami szaleli za nią.

W dniu naszego wolnego wieczoru/nocy miałam przygotowaną listę informacji dotyczących Małej Zet i opieki nad nią. Jak katarynka powtarzałam rodzicom:

1000x powtórzyłam, że będę miała telefon przy sobie (na co moja Mama słusznie odpowiedziała, że przecież w sukience nie mam kieszeni!).

1000x powtórzyłam, że w każdej chwili mogę wrócić.

1000x powtórzyłam, kiedy ją karmić, jak ją karmić (to nic, że karmię ją na żądanie, więc żaden grafik karmienia nie ma sensu i prawa istnienia ;).

100x powtórzyłam, gdzie jest odciągnięte mleko (a raczej logiczne, że będzie w lodówce).

100x powtórzyłam, że w razie gdyby brakło odciągniętego mleka to kupiłam też mleko modyfikowane (oczywiście dodam, że ściągnęłam mleka od groma i zmagazynowałam w lodówce), dokładnie tyle samo razy powtórzyłam jak je przygotować (chociaż na opakowaniu jest instrukcja, którą zrozumie nawet dziecko).

100x powtórzyłam, że można jej zrobić herbatki – tutaj nastąpił wykład jak ją przygotować, w jakiej butelce (mam dwie - jedną na mleko drugą na herbatkę, więc żadna filozofia).

100x powtórzyłam, w co ją przebrać do spania, jak ją umyć, co po kolei myć, jak całą kąpiel przygotować itp.

100x powtórzyłam, o której położyć ją spać (a w zasadzie chodzi spać o różnych godzinach, więc reguły nie ma).

100x powtórzyłam, co robić gdy w nocy się obudzi – jak teraz o tym myślę to, to żadna filozofia jest, mleko i spać.

100x powtórzyłam, że w razie kolki takie kropelki, w razie gorączki takie lekarstwo – Mała była już zdrowa po naszej wiosennej epidemii, więc nie zapowiadało się, że będzie niczego potrzebować.

1000x powtórzyłam po raz kolejny, że mają do mnie w każdej chwili dzwonić.

Kiedy chciałam podać kolejną radę po raz setny, moja własna mama wystawiła mnie za drzwi ze wspomnianym wcześniej hasłem: „Nie ucz Matki dzieci robić, w końcu wychowałam Ciebie i Twoją siostrę co nie było łatwe, dałam radę to i z Małą Zet sobie poradzę”! Później dodała, że mam zakaz dzwonienia do niej, a jak coś będzie chciała (a na pewno nie) to się odezwie.

I wiecie co? Nie potrzebowali mnie! Nie wiem czy się cieszyć czy płakać? Mała wykąpana, najedzona i spała prawie całą noc! Nie zadzwonili do mnie. 
Oczywiście ja dzwoniłam parę razy, tęsknota nie dawała mi spokoju. Za każdym razem usłyszałam, że wszystko jest ok., świetnie sobie radzą i mogę iść tańczyć dalej. Po przyjściu do domu pierwsze co zrobiłam to poszłam popatrzeć na Moją Małą Zet jak śpi (to nic, że był środek nocy!)

A do mnie dotarło, że chyba mam gen Matki Polki Panikary, która twierdzi, że nikt tak jak ja nie zajmie się moim dzieckiem! Czy są na to jakieś lekarstwa ? Da się tego pozbyć lub chociażby zminimalizować? Ratunku!

A jak wy wspominacie pierwsze wyjście bez dziecka na dłuższy czas?


To Cię może zainteresować

12 komentarze

  1. Mój synek ma już 11 miesięcy i nigdy go z nikim nie zostawiliśmy nawet na 5 minut. Nie mamy z kim, wszyscy bliscy mieszkają daleko :-( W piątek wybieram się na kilka tygodni do moich rodziców i może w końcu uda mi się gdzieś wyjść samej. I już czuję wewnętrzną panikę co to będzie. Głupie to, wiem. Ale przez 11 miesięcy miał mnie 24/7. A ja jego. I cieszę się i boję :-) Ale obojgu nam to potrzebne. Od sierpnia żłobek :-(
    Pozdrawiam,
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażam sobie nie mieć pod ręką mojej rodziny. Podziwiam Cię, że dajesz radę :) Pozostawienie dziecka na jakiś czas jest trudne, ale możliwe a nawet potrzebne !

      Usuń
    2. E tam , podziwiać to trzeba matki dzieci przewlekle chorych. Które do tego często zostają zupełnie same. A mój urwis zdrowy jak rydz, tylko mocno charakterny ;-)

      Usuń
  2. No cóż... Na to niema lekarstwa ;) Z czasem jest " lepiej"? No nie koniecznie dobre określenie, ale z czasem dziecko samo mówi mamie "pa pa" i zadowolone oddaje się pod opiekę innej osoby, bo przecież matki to nudziary ;) Ps. Moja ma skończone w marcu 2lata, do tej pory mam głupie myśli jak ją z kimś zostawiam, nawet z jej własnym ojcem :D Ale już jest lepiej niż za tym "pierwszym razem" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak wspominamy? Oj, ileż to myśli i telefonów było :) Miałam szaleć, mieliśmy się rozerwać a skończyło się tak, że z wesela wróciliśmy przed północą - co nietypowe jest w naszym wypadku. Tak to jest niestety... rodzic nie zapomina, że jest rodzicem :)


    Pozdrawiam, MG

    OdpowiedzUsuń
  4. :( ej gdzie mój komentarz:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie wiem ... nie mam niczego w panelu do opublikowania ... :( blogspot musiał coś pomieszać :(

      Usuń
    2. Ja się tak biedna opisałam a tu taki zoonk :( No cóż napisze jeszcze raz...
      Czytając tego posta miałam przed oczami moją siostrę która potrafi zadzwonić do mnie milion razy kiedy zostaje z Lili, i już po tych milionach telefonu mówi "cholera zapomniałam, że ty trójkę wychowałaś :)"

      Usuń
    3. No Ty jesteś ekspertką ! Trójka na raz to wyzwanie !

      Usuń
  5. Oj obawiam się, że tego nie da się wyleczyć, ale przecież da się z tym żyć! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałam to samo gdy poszliśmy na wesele, a z Piotrusiem zostali teściowie :D :D Straszna była ta rozłąka, ciężko było się skupić na tańczeniu :D

    OdpowiedzUsuń
  7. My jeszcze nie wspominamy, bo takowego nie było i szybko się na nie nie zapowiada.

    OdpowiedzUsuń

FACEBOOK

Google+ Badge