Czas wolny młodych rodziców

22:59

Młoda matka narzeka, a narzeka bo może. Może bezkarnie zrzucić wszystko na karb zmęczenia, hormonów, rutyny, bałaganu, który nie chce się drań sam posprzątać, zupełnie nie wiadomo dlaczego i tak dalej. Powodów mamy dużo i nikt nie może nam zabronić narzekać. Bo takie mamy prawo. To wcale nie oznacza, że jesteśmy nieszczęśliwe. Jesteśmy wręcz obrzydliwie szczęśliwie patrząc na małe cudeńko, które same wyhodowałyśmy w naszej macicy, a później same w mniej lub bardziej bolesny sposób sprowadziłyśmy na świat. 
To, że jesteśmy szczęśliwe nie oznacza, że nie możemy przez chwilę (chwila to pojęcie subiektywne) ponarzekać. Na co najczęściej? Świeżo upieczone mamy, które wcześniej prowadziły aktywny tryb życia, które dużą wagę przykładały do własnych zajęć i wyglądu narzekają na brak wolnego czasu dla siebie. W wyniku tego jak ognia unikają lustra, które przyprawia je o palpitację serca: włosy jak po spotkaniu z huraganem, jakieś cienie pod oczami, może figura jeszcze nie ta i tak dalej. Najczęściej wcale nie jest tak źle jak nam się wydaje, przynajmniej tak stara się pocieszyć mnie mój Mr Right twierdząc, że on nic nie widzi. 

Gdy już przeszłam przez wszystkie etapy niezadowolenia i narzekania, doszłam do wniosku, że czas na chwilę dla siebie i męża. Jak postanowiłam tak zrobiłam, przechodząc przy tym przez kilka etapów. Etap pierwszy organizacja opieki dla Małej Z. Z tym nie było trudno, ponieważ Mała zawładnęła sercami i umysłami całej rodziny jak najlepszy magik – wszyscy tańczą tak jak im zagra, chociaż ma dopiero 3 miesiące. Przygotowałam wszystkie jej rzeczy jak na wielką dwutygodniową wyprawę: zapas odciągniętego mleka, podgrzewacz, gdyby mleka brakło to mleko modyfikowane (zaznaczam, że miało mnie nie być około 4h;) , zapas pampersów, chusteczek i innych rzeczy na wypadek katastrofy z części tylnej jej ciała, zapas dodatkowych ciuszków gdyby chciała zaatakować górą, zabawki, wózek i kilka innych rzeczy, jak się później okazało zupełnie niepotrzebnych. Mała Z zaopatrzona, zawieziona do Dziadków. 
Czas na etap drugi czyli doprowadzenie się do ładu – prysznic trwający dłużej niż 2 min, odżywki, balsamy, makijaż, fryzura i inne magiczne zabiegi– od razu przestałam zauważać kilka mankamentów swojej urody pociążowej i nie dlatego, że zapomniałam założyć soczewek, bo założyłam i to całkiem nowiusieńkie. Po prostu wreszcie wyglądałam jak człowiek cywilizowany. 
Etap trzeci:  wychodzimy. 

Uśmiech od ucha do ucha – jak cudownie być chwilę tylko we dwójkę. Przez pierwsze pół godziny radość w pełni. Po tym czasie pępowina mi się tak naciągnęła, że musiałam zadzwonić czy przypadkiem nie nadszedł jakiś kataklizm i Mała mnie nie potrzebuje. Ku mojemu rozczarowaniu miała się rewelacyjnie i nie byłam niezbędna. Ok, przełknęłam to. Postanowiłam zrobić duże zakupy tylko dla siebie. Skończyło się na tym, że wyszłam z pełnymi torbami ze Smyka, 5-10-15 i innych bardziej lub mniej dziecięcych sklepów. No dobra nadszedł czas na kino! Nie jestem pewna czy film mi się podobał, ponieważ przez większość czasu sprawdzałam telefon czy czasem mnie nie wzywają. No cóż nikt nie zadzwonił. Po tym wypadzie stwierdziłam, że to ja jestem bardziej uzależniona od Małej Z niż ona ode mnie. 

Długo wyczekiwane wyjście we dwoje nie cieszyło już tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że pewnie za jakiś czas znowu za tym za tęsknię i podejmę kolejną próbę, a kiedy pępowina za bardzo się naciągnie sprintem wrócę do domu.  Podsumowując doszłam do wniosku, że to Małe Cudeńko poprzestawiało tak moją głowę, że wszelkie wyjścia bez niej nie są już tak fajne. Wniosek z tego taki, że narzekamy i narzekamy na tą naszą matyczną codzienność, ale bez tego już ani rusz. 

To Cię może zainteresować

0 komentarze

FACEBOOK

Google+ Badge